Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blues. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blues. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Jim Dickinson: I'm just dead, I'm not gone

Trochę mi to zajęło, ale udało się. Wreszcie napiszę coś o kapeli, o której chciałem napisać coś już bardzo dawno temu, ale jakoś się nie składało. Teraz się w końcu złożyło i piszę.

Złożyło się tak, że po pierwsze zespół ten wydał nową płytę na początku lutego, a po drugie jest to jeden z moich ulubionych zespołów. Mam w tym momencie na myśli North Mississippi Allstars. Kapela, która prowadzą bracia Luther i Cody Dickinson choć w Polsce jest cały czas mało znana, to na pewno nie jest grupą na dorobku. Przez 11 lat swojej działalności wypracowali charakterystyczny, momentalnie rozpoznawalny styl. Ogromna w tym zasługa starszego z braci – Luthera Dickinsona. Jest w jego sposobie grania coś, co sprawia, że zagnieżdża się ta muzyka gdzieś z tyłu głowy i pozostaje na długo, długo. Szczególnie przepadam, gdy na jego serdecznym palcu pojawia się ten magiczny kawałek szkła. Slide w jego wykonaniu siedzi mi przestrasznie.

Dobrych kilka lat temu, gdzieś wyczytałem o tych młodych chłopaczkach i nie miałem żadnych szans żeby dorwać ich płytę. O zamorskich zakupach ledwie mogłem wtedy marzyć. Inne muzyczne źródła również pozostawały suche. Nazwa utkwiła mi jednak w pamięci. Gdy udało mi się osobiście dotrzeć za ocean do pięknego stanu Virginia i z zapartym tchem i szeroko rozdziawioną paszczą przeczesywałem lokalne sklepy z używanymi płytami CD, trafiłem na płytę 51 Phantom. Bez zastanowienia wysupłałem ciężko zarobione dolary, posłuchałem i BAM! Strzał w ryj! Podobnego grania nie słyszałem. Kończąc ten nudnawy, śmierdzący prywatą wątek dodam, że od tej pory śledzę karierę tej kapeli. Jest to wyjątkowe połączenie tradycyjnego bluesa ze wszystkimi przeróżnymi smaczkami w nowoczesny sposób. Takie podejście do muzyki niezmiernie mi odpowiada.

Jaka więc jest ta najnowsza płyta? Przede wszystkim dojrzała. Jest przemyślana, zaplanowana, i emocjonalna. Jest wynikiem prywatnych przeżyć muzyków, które stały się doskonałym pretekstem do uniwersalnych rozważań. Podczas tworzenia materiału na ten krążek życie braci Dickinson właśnie brało dość ostry zakręt. Luther grał już w Black Crowes, Cody powołał do życia side project Hill Country Revue. Wszystko to działo się w dość przygnębiającej atmosferze. Ojciec chłopaków, Jim Dickinson (znany skąd inąd jako legendarny wprost pianista i producent, który przez wiele lat pracował z takimi artystami jak Aretha Franklin, Ry Cooder czy Rolling Stones) po wieloletnich zmaganiach z chorobą zmarł. W tym samym mniej więcej czasie na świat przyszła pierwsza córka starszego z braci. Życie nie mogło napisać bardziej pokręconego scenariusza. Co więcej, podobna sytuacja nie mogła pozostać bez wpływu na twórczość zespołu.

Cała płyta jest piękna. Spokojna i prywatna, ale nieprzytłoczona melancholią i smutkiem. Atmosfera jest wyważona. Momentami jest wesoło, ale nie wesołkowato. Jest to zdecydowanie najdojrzalsze dzieło, jakie ukazało się pod szyldem North Mississippi Allstars. Album cudownie układa się w jakiś misternie tkany wzór, z wyraźnym punktem kulminacyjnym w utworze „Hear The Hills”. Numer kończy cichutka partia pianina, jakby sam Jim Dickinson próbował zaznaczyć swoją obecność tą wzruszającą kodą.
Nie wiem czy ktokolwiek inny mógłby napisać lepsze epitafium dla Jima Dickinsona niż dwóch jego piekielnie zdolnych synów. Nie wiem też czy można lepiej zilustrować jak życie zatacza krąg.



P.S. 1

P.S. 2

wtorek, 5 kwietnia 2011

Cudowny koniec cudownego dziecka

Pojawiają się niekiedy takie płyty, o których można by napisać krótko i na temat: „zajebista płyta, musisz koniecznie posłuchać”. W przypadku takiego normalnego gadania face to face z kumplem, bardzo często, taka zdawkowa informacja by wystarczyła. Kumpel wszak zna nasz muzyczny gust i wie, że można mu zaufać. Sprawa komplikuje się w sytuacji takiego internetowego o muzie pisania. Tutaj niemal zawsze, do czynienia mamy, z delikatnie mówiąc ograniczonym zaufaniem czytelnika. Bo przecież „co mi tutaj będzie opowiadał jeden z drugim, lepiej wiem”. Lubią jednak, od czasu do czasu pojawić się albumy, do których warto wszelkimi sposobami przekonywać tego nieufnego internautę. Świetnym przykładem takiego stanu rzecz jest najnowsze wydawnictwo Joe Bonamassy Dust Bowl.
Debiutancki album tego artysty usłyszałem w 2003 roku, zatem 3 lata od momentu, gdy ukazał się on w stanach zjednoczonych. Jego nazwisko nic mi wówczas nie mówiło. Przemówiła jednak muzyka. Od razu się dogadaliśmy, jakbyśmy znali się od lat. Zacząłem zbierać jakieś informacje. Okazało się, że w momencie wydawania debiutanckiego krążka Joe miał zaledwie 23 lata. Doskonale wpisał się w, bardzo modny w tamtym czasie, nurt bluesowych cudownych dzieci. Razem z artystami takimi jaki jak Kenny Wayne Shepherd i Jonny Lang zdobywał serca publiczności. Syndrom cudownego dziecka, które po udanym debiucie wypala się i znika w otchłani sławy, pieniędzy i narkotyków, nie zagroził nawet młodemu gitarzyście. Wydaje mi się, że jest to, w równej mierze, zasługa talentu jak i drakońsko ciężkiej pracy, jaką wykonał Bonamassa. Od momentu debiutu nie wykazał oznak lenistwa czy też niemocy twórczej. Wypuszczanie na rynek co roku nowej płyty, jest w dzisiejszych czasach nie lada wyczynem. Tak przecież pracowało się na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Dzisiaj większość wytwórni płytowych stosuje minimum dwu letni cykl wydawniczy.

W ciągu tych kilku dobrych lat, Joe Bonamassa od muzycznej ciekawostki, jaką stanowił dla mnie w 2003 roku, stał się jednym z moim ulubionych artystów. Każda jego kolejna płyta jest przeze mnie wyczekiwana z niecierpliwością. Kiedy wreszcie wchodzę w jej posiadanie, rozrywam łapczywie filię, wrzucam do odtwarzacza i słucham tak długo, aż w końcu znam na pamięć każdy kawałek.

Dokładnie w ten sposób przebiegła tegoroczna przygoda z najnowszą płytą artysty pt. Dust Bowl. Podobne albumy zdarzają się raczej rzadko. Słabych momentów jest tutaj jak na lekarstwo, a tych mocnych cała banda. Na tym krążku po raz kolejny pojawia się utwór skomponowany przez Michaela Kamena. Na płycie z 2007 roku był to tytułowy „Sloe Gin”, tutaj jest to „No Love On The Street”. O uwielbienie dla twórczości Kamena bardziej podejrzewam etatowego producenta płyt Bonamassy, Kevina Shirleya, w obu utworach nawet słychać podobną syrenę policyjną. Nie zmienia to jednak faktu, że „No Love On The Street” jest jednym z mocniejszych punktów płyty. Można słuchać tego jakby nieco kopniętego rytmu niemal bez końca.

Zanim jednak na płycie dotrzecie do wspomnianego utworu czeka was wiele niezwykle przyjemnych niespodzianek. Jedną z nich jest utwór „Heartbreaker”, znany ze schyłkowego okresu działalności grupy Free. Tutaj w duecie z Bonamassą zaśpiewał jego starszy kolega z Black Country Communion – Glenn Hughes.

Śledzenie kariery tego młodego artysty, obserwowanie jak rozwija się z płyty na płytę, to dla każdego wiernego fana sprawa wyjątkowa. Postępy Joe są widoczne i słyszalne w każdej kwestii – czy to wokalnej, czy instrumentalnej, czy kompozytorskiej. Z obiecującego, tak sobie śpiewającego gitarzysty wyrósł na dojrzałego, pewnego siebie wokalistę o bezkonkurencyjnych umiejętnościach gitarowych. W przeciągu tych 11 lat udało mu się wyrobić niepowtarzalny styl. Niesamowicie charakterystyczne zagrywki gitarowe wyróżniają go zdecydowanie od rówieśników.

Dzisiaj Joe Bonamassa nie jest już ciekawostką. Nie jest utalentowanym dwunastolatkiem grającym u boku B.B. Kinga. Nie jest już cudownym dzieckiem. Dzisiaj Joe Bonamassa to dojrzały artysta, którego młody wiek pozwala mieć nadzieję, że dzieło życia jest jeszcze przed nim. I przed nami. Tymczasem słuchajcie Dust Bowl – zajebista płyta.

piątek, 25 marca 2011

Robert Johnson wielkim bluesmanem był?

Legenda Roberta Johnsona jest wciąż żywa. Do jego twórczości nawiązywała niezliczona ilość artystów obracających się głównie w bluesowych kręgach, lecz nie tylko. Płyty z własnymi wersjami piosenek Johnsona wydali na przestrzeni lat zarówno muzycy z pierwszej ligi tacy jak Eric Clapton (Me and Mr. Johnson) czy Peter Green (Hot Foot Powder, Robert Johnson Songbook), jak i artyści mniej znani poza bluesowym światkiem jak Rory Block (The Lady and Mr. Johnson). Na usta ciśnie się pytanie, czy po tylu przeróżnych interpretacjach, tysiącach wersji mniej lub bardziej zbliżonych do oryginału, można z muzyki Roberta Johnsona coś jeszcze wycisnąć? Okazuje się, że można, a dowodem tego jest najnowszy album grupy Big Head Blues Club zatytułowany 100 Years of Robert Johnson.

Na płycie znajduje się jedynie 10 utworów, co stanowi niewiele ponad jedną trzecią całej spuścizny legendarnego bluesmana. Zabiegi aranżacyjne jakim została poddana muzyka sprawia, że całość brzmi niezwykle świeżo. Uwielbiam takie lekkie podejście do tradycji. Dzięki temu jest nowocześnie i ciekawie. Tradycyjne bluesy Roberta Johnsona są wdzięcznym materiałem do eksperymentów ponieważ niemal każdy szanujący się fan bluesa zna te utwory niemal na pamięć. Z drugiej jednak strony, gdy słyszymy bardzo dobrze znane numery podane w zaskakujący sposób, radość z słuchania jest jeszcze większa.

Przy okazji tej płyty grzechem byłoby nie wspomnieć o gościach. Na harmonijce w otwierającym „Come On In My Kitchen” gra niesamowicie Charlie Musselwhite. A klasyczny „Cross Road Blues” uświetnił swoją obecnością sam B.B. King. Odważyłbym się stwierdzić nawet, że jest to najlepszy numer na płycie.

Na zdanie uznania w osobnym akapicie zasługują bezsprzecznie partie organów Hammonda. Warto na nie zwrócić szczególną uwagę. Gdzie trzeba są pięknym tłem, gdzie indziej wychodzą do przodu w perkusyjnych zagrywkach. Zwróćcie także uwagę na barwę głosu Todd Park Mohra. Przyznam szczerze, że nie słyszałem wcześniej o tym człowieku i tej kapeli, co sprawia, iż album ten jest dla mnie przemiłym odkryciem.



środa, 6 października 2010

Po prostu Clapton

Pominięcie milczeniem najnowszej płyty Erika Claptona byłoby niewybaczalnym błędem i z całą pewnością wyrzuty sumienia nie dałyby mi spokoju, gdybym tak zrobił. Po pierwsze dlatego, że Clapton jest jednym z moich ulubionych artystów ever. Po drugie, bo jest to świetna płyta. Po trzecie, bo chciałbym zabrać głos w modnej ostatnio dyskusji o podstarzałych gwiazdorach, którzy na potęgę odgrzewają kotlety, próbując dorobić sobie do emerytury zdzierając ostatnie grosze z wiernych fanów.

Na podstawie opinii krytyków zjawisko to można podzielić zasadniczo na dwa nurty: Pierwszy to artyści, którzy mając za sobą lata swojej świetności trafiają pod skrzydła producentów młodego pokolenia i wspólnie wydają płyty cieszące się zaskakująco dużą popularnością. Bartek Chaciński pisał o tym tutaj. Muzycy wpisujący się w ten nurt to: Johnny Cash, Neil Diamond, Gil Scott-Heron, niedawno Tom Jones, a w zeszłym miesiącu Robert Plant. O tym ostatnim przeczytacie tutaj.

Druga strona tego zjawiska to muzycy, którym bardziej niż na zadowoleniu swoich wielbicieli i spełnieniu własnych artystycznych ambicji zależy na zarobieniu kilku dodatkowych milionów zanim całkowicie popadną w muzyczne zapomnienie. Artykuł Roberta Sankowskiego na ten temat znajdziecie tutaj. Autor co prawda słusznie zdiagnozował problem, jednak wrzucił do tego wora artystów do niego nie pasujących, bo oprócz Phila Collinsa i Carlosa Santany umieścił tam Roberta Planta, który bardziej pasuje do nurtu pierwszego oraz Erika Claptona, a z tym ostatnim sprawa wygląda jeszcze inaczej.

Clapton wymyka się tym pobieżnym kategoryzacjom i trudno przypasować go do któregokolwiek zbioru. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że nie zaliczył on w ostatnim czasie żadnej dłuższej przerwy i cały czas jest niezwykle aktywnym i płodnym muzykiem. Wciąż wymyśla dla siebie nowe formuły artystycznego istnienia na rynku i nie daje o sobie zapomnieć swoim fanom. Jego największym bodaj osiągnięciem ostatnich lat jest festiwal gitarowy Crossroads. Pod szyldem tego wydarzenia, podczas jednego dnia na scenie występuje niespotykana chyba nigdzie indziej liczba muzyków. Ta wyjątkowa impreza całkowicie pozbawiona jest jakichkolwiek ram pokoleniowych i gatunkowych.

Clapton korzysta ze swoich rozległych znajomości i chętnie zaprasza do współpracy artystów występujących na jego festiwalu. Dzięki temu mogliśmy już cieszyć się wspaniałym albumem Road To Escondido, na którym Erikowi towarzyszył jego idol J.J. Cale oraz cała armia nieprzyzwoicie utalentowanych gości (m.in. Derek Trucks i John Mayer). Kolejny owoc podobnej współpracy to koncertowy album oraz film DVD będący zapisem wspólnego występu Slowhanda i jego wieloletniego przyjaciela Steva Winwooda. To wyśmienite wydawnictwo zaowocowało trasą koncertową, a jej berlińska część była dla mnie źródłem niesamowitych przeżyć.

Jaka w takim razie jest jego najnowsza płyta Erika? Dziwna. Spróbujcie nadać temu słowu pozytywny wydźwięk. Bo ona jest dziwna w pozytywnym sensie. Jest eklektyczna i zaskakująca. Jest zupełnie inna niż możecie się tego spodziewać. Jest pełna bluesa i odniesień do tradycji, ale brzmi nowocześnie i czysto (prawdopodobnie jest to zasługa współproducenta Doyla Brahmalla II). Jak przystało na dzieło wytrawnego bluesmana czuje się atmosferę przyjacielskiego jam session w starym stylu – a przyjaciół jest sporo: m.in. J.J. Cale, Derek Trucks, Kim Wilson, Allen Toussaint i Sheryl Crow. Choć aranżacje są raczej bogate, trudno odnaleźć w nich miejsce na ogniste solówki gitarowe. Jest za to dużo spokoju, emocji, dojrzałości i dobrej zabawy na modłę nowo-orleańskich parad ulicznych z okazji Mardi Gras.
Tym albumem Eric Clapton udowadnia, że nie tylko nie zniknął ze sceny ani na chwilę, ale cały czas rozwija się i ma jeszcze wiele do zaoferowania swoim fanom.

W wywiadzie promującym płytę gitarzysta stwierdza, że jeżeli jest ona niespodzianką dla fanów to tylko dlatego, że jest ona niespodzianką dla samego artysty. Cudowna doprawdy to niespodzianka.
Posłuchajcie jak się zaczyna!

wtorek, 13 lipca 2010

Wrocław nie powiedział ostatniego słowa!

We Wrocławiu dzieje się mnóstwo rzeczy – jest legendarny już Przegląd Piosenki Aktorskiej, jest festiwal Era Nowe Horyzonty, coraz większą popularnością cieszy się (całkowicie zasłużenie) Brave Festival. Ważnym wydarzeniem na jazzowej mapie Polski jest Jazz Nad Odrą. Niezwykle prężnie działa Ośrodek Działań Artystycznych „Firlej” pod wodzą Roberta Chmielewskiego. Jest zatem Wrocław miastem pieczołowicie dbającym o zaspakajanie kulturalnych potrzeb swoich mieszkańców. Nie jest jednak miastem bluesowym. To fakt, którego nie sposób podważyć. W zasadzie cały Dolny Śląsk jest jakiś mało bluesowy. Trasy koncertowe bluesmanów wielkim łukiem omijają cały region łącznie z jego stolicą. Gwiazdy światowego bluesa, jeśli odwiedzają Polskę można mieć pewność, że nie będą grać we Wrocławiu. Poza Leszkiem Cichońskim promującym bardziej gitarę niż bluesa, mało kto uprawia ten gatunek muzyki. Czy wrocławscy bluesfani są więc skazani na ciągłe wycieczki do Warszawy, Gdyni, Katowic, Chorzowa, Poznania, a nawet Suwałk i Ostrowa Wielkopolskiego? Jeszcze przez jakiś czas, na pewno tak, ale jest jedna jaskółka, która choć wiosny nie czyni, zapewnia powiew świeżego bluesowego powietrza. Myślę tutaj o zespole HooDoo Band.

Wydana w tym roku debiutancka płyta grupy narobiła sporego zamieszania w środowisku i nie tylko. Wiem, wiem, dopuściłem się tutaj lekkiej manipulacji. HooDoo Band nie jest bowiem zespołem bluesowym w tradycyjnym sensie tego słowa. Twórczość kapeli to częste wycieczki w rejony funka, soulu czy jazzu i oczywiście bluesa, trudno więc nazwać ich „zespołem bluesowym”. Jednak w polskich warunkach termin ten ma nieco odmienne znaczenie. Bo jak inaczej nazwać grupę, która w ankiecie jedynego pisma bluesowego w Polsce otrzymuje tytuł odkrycia roku? Jak nazwać grupę, która bierze udział w większości festiwali bluesowych w kraju? Jak wreszcie nazwać grupę, która koncertuje oraz nagrywa płyty z Carlosem Johnsonem (o ilości bluesa w bluesie w przypadku tego artysty nie trzeba chyba nikogo przekonywać)? Kapela bluesowe to jedyne sensowne w tym przypadku określenie bez względu na to, jak bardzo się to nie spodoba bluesowym ortodoksom.

Pretekstem do tej notki jest koncert HooDoo Bandu, jaki dane mi było usłyszeć w mojej miejscowości niedaleko Wrocławia. W niewielkim klubie, przy nikłej frekwencji muzycy dali wprost niesamowity show. Energia jaka towarzyszyła występom Wrocławian była niewiarygodna. Zdołaliśmy usiedzieć może dwa kawałki by za chwilę pląsać i śpiewać pod sceną. Przy takich dźwiękach nie da się pozostać w bezruchu choć na chwilę. Gra muzyków jest luźna i niewymuszona, a uśmiechy nie schodzą z twarzy zarówno artystów jak i publiczności. Młodzi, niezmanierowani artyści odwalają kawał dobrej roboty, bawiąc się przy tym na całego.

Mam nadzieję, że tegoroczne koncerty oraz debiutancki album są zapowiedzią wielkiej kariery i popularności, nie tylko w bluesowym światku. Skazywanie takiej muzy na niszowość jest niewybaczalnym grzechem. Życzę im z całego serca, aby nie zmieniali swojego podejścia do muzyki, a radość grania cały czas była nadrzędną wartością.

Marzę też po cichutku, że Hoodoo Band będzie katalizatorem, dzięki któremu do kulturalnego krajobrazu Wrocławia i całego Dolnego Śląska zostanie pięknie domalowany blues.
Dzisiaj wyjątkowo krótki komentarz do muzycznego przykładu:
1. Miło obserwować metamorfozy takie jak Alicji Janosz, która z zagubionej laureatki Idola przeistoczyła się w dojrzałą wokalistkę z jasną wizją swojej artystycznej przyszłości.
2. Koniecznie zwróćcie uwagę na gitarową solówkę Bartka Miarki. Oszczędne i wyszukane dźwięki zagrane ze smakiem i ogromnym czujem. Bartek jest gitarzystą o wyrazistym stylu i charakterystycznym brzmieniu – najważniejsze cechy przyszłego bohatera gitary.

poniedziałek, 31 maja 2010

Sea Of Cowards

Jack White jest artystą, który wyjątkowo dobrze zrozumiał istotę bluesa i jako jeden z niewielu wykonawców młodego pokolenia przedstawia go w zupełnie nowym świetle. Chociaż jego muzyka cieszy się powodzeniem bardziej w kręgach fanów alternatywnego rocka niż bluesa, to nie sądzę by ktokolwiek odważył się twierdzić, że w jego twórczości bluesa nie słychać. Mało tego, Jack White jest artystą, który muzykę bluesową rozumie w dość szczególny sposób i bez końca poddaje ją coraz to nowym muzycznym eksperymentom, w ramach coraz to nowszych projektów artystycznych (muzyka jest w tym wypadku określeniem zbyt wąskim).

Jego najnowszym eksperymentem jest drugi krążek grupy Dead Weather zatytułowany Sea Of Cowards, gdzie White udziela się przede wszystkim jako perkusista. Jack White i grupa jego popleczników są jak banda oszalałych uczestników tajemniczej ceremonii próbujących, za pomocą dźwięków powołać do życia odrażające monstra. Ich muzyczna wizja świata jest brudna, mroczna i wilgotna jak kamienne ściany lochów, w których kolejne ofiary dawnego obrzędu czekają w trwodze na swoją kolej.

Blues zrodzony w wyniku tych przerażających sesji jest zgwałcony, zbity, upośledzony i pokraczny. Emanuje z tego obrzędu jakaś dziwna magiczna siła przyciągania. Kapłani odziani są w zwierzęce maski i czarne powłóczyste szaty. Twarze blade i chore. Oczy wytrzeszczone, zmęczone i złe. Kolejne jazgotliwe akordy opanowują umysł i nie pozwalają skupić uwagi na czymkolwiek innym. Jak widok czegoś przerażającego, na co nie sposób przestać się gapić z głupkowatym wyrazem twarzy do momentu, gdy nie wiadomo kto bardziej się wstydzi: obserwowany czy obserwator. Niepokój ogarnia umysły i ciała świadków sekciarskiego rytu, aż do ostatniego dźwięku. Spróbujcie teraz dojść do siebie.

Owocowa metafora? Proszę bardzo: Wyobraźcie sobie owoc jabłoni tak dojrzały, że sam spada na ziemię. Nikt jednak go nie podnosi. Nikt go nie widzi. Jędrną błyszczącą w słońcu powłokę zaczynają pokrywać lekkie zmarszczki. Poranna rosa zmiękcza ją codziennie jeszcze bardziej. Do uczty przystępują wszyscy mieszkańcy przydomowego sadu, słowem wszelkie plugastwo pełzające w trawie. Zielono-czerwona niegdyś skóra delikatnie brązowieje. To zaproszenie dla kolejnych uczestników ogrodowej uczty. Bakterie trawią sukcesywnie następne warstwy owocu. Na całkiem już brązowej skórze pojawiają się białe plamy jak ohydne krosty na dłoniach i twarzy chorego na trąd. Owoc przechodzi ostatnie stadium rozkładu - oto blues w wykonaniu Dead Weather. Zapraszam do słuchania.

środa, 26 maja 2010

Clutch - 50,000 Unstoppable Watts

Pierwszym owocem, który znajdzie się w moim blogowym koszyku będzie nie płyta a zespół. Amerykańska kapela Clutch, bo o niej będzie mowa, powstała w 1991 roku w stanie Maryland. Muzyka tego kwartetu najczęściej szufladkowana jest przez krytykę jako Stoner rock. Czyli słowo wytrych, który równie dobrze może znaczyć wszystko i nic. Sami muzycy, co często pokreślają w wywiadach, wolą określać swoją muzykę szerokim pojęciem Rock'n'Roll, który zdecydowanie najlepiej oddaje charakter ich twórczości. Proste i mocne gitarowe riffy bez zbędnych upiększaczy to wizytówka tej grupy. Nie ma w ich muzyce przeintelektualizowanych, przeprodukowanych zabiegów realizatorskich. Nie ma także wielowarstwowych trików aranżacyjnych. Jest za to czysta, rockowa furia. Pełna pasji i radości energetyczna muzyka bogata w szczere emocje, którym nie sposób się oprzeć słuchając niemal każdej płyty Clutch.

Muzykom grającym razem przez 2 dekady udało się wypracować unikalny styl będący wypadkową przeróżnych inspiracji. Taktyka jaką przyjął zespół jest bliska sposobowi tworzenia artystów działających w latach 60-tych i 70-tych. Zaplecze kulturalne oraz odmienne doświadczenia muzyczne młodych Brytyjczyków wpłynęło bezpośrednio na graną przez nich muzykę. Dlatego brytyjski blues brzmiał inaczej niż jego amerykański ojciec. Amerykańskie zespoły początku lat 70-tych bazowały nie tylko na bluesie podanym w brytyjskim sosie, ale także posiadały unikalną wrażliwość, z której zrodziły się takie gatunki jak np. Southern Rock.

W podobny sposób swoje miejsce na muzycznej mapie tłumaczą muzycy Clutch. Jedyna różnica tkwi w ilości inspiracji, z jakich dane było korzystać artystom. Jest to twóczość nie tylko największych bluesmanów takich jak Muddy Waters czy Howlin' Wolf, ale także ich uczniów czyli Jaggera, Richardsa, Led Zeppelin, The Who, Deep Purple i wielu innych. Do tego dołożyć należy punka, hard core, a nawet waszyngtoński funk - Go Go. To wszystko sprawia, że Clutch to postmodernistyczne rock'n'rollowe wyrzutki.

Ile w tym wszystkim bluesa? Całkiem sporo - zwłaszcza na dwóch ostatnich płytach. Płyta From Beale Street To Oblivion aż kipi od bluesa. Ociekają nim nie tylko mięsiste riffy gitary i organów Hammonda, ale także teksty. Pełno tu tematycznych odniesień ("Devil & Me") oraz dosłownych cytatów i zapożyczeń ("Electric Worry"). Najnowsze dzieło grupy Strange Cousins from the West również nie stroni od bluesa i z łatwością można usłyszeć jego echa już w otwierającym płytę "Motherless Child".

Na koniec nie zostaje mi nic innego jak polecić wszystkim zespół Clutch. Lepiej przygotujcie się na długie dupy szukanie, bo gwarantuję, że będzie dupy urwanie!

Check This Out!



Fruits Basket - Nazwa bloga

Jeden z największych bluesmanów wszechczasów Willie Dixon miał kiedyś powiedzieć, że „Blues to korzenie, a cała reszta muzyki to owoce”. Z czasem powiedzenie to stało się ulubionym sloganem fanów bluesa. Nawet dzisiaj to luźne powiedzonko traktowane jest w niektórych kręgach bluesfanów jak swoiste zaklęcie stanowiące zarazem dowód na to, że Blues jest protoplastą niemal wszystkich gatunków muzyki rozrywkowej. Dzięki takiemu rozumowaniu ortodoksyjni fani bluesa sami siebie utwierdzają w przekonaniu, że ich ukochana muzyka jest tym od czego wszystko się zaczęło.

Aby od razu wyjaśnić ewentualne nieporozumienia, ja sam uważam się za gorącego zwolennika muzyki bluesowej we wszelkich jej odmianach. Muzyka bluesowa oraz wszystkie aspekty twórczości z nią związane fascynują mnie niezmiennie już od wielu lat. I o ile trudno nie dostrzec ziarenek prawdy tkwiących w zacytowanym wyżej powiedzonku, to trzeba jasno powiedzieć, że dzięki niemu niemal cała uwaga znawców tematu skupiła się tylko i wyłącznie na bluesowych korzeniach.

Tymczasem ja proponuję zmianę optyki. Niniejszy blog poświęcony będzie owocom, jakie wyrosły przez lata z bluesowych korzeni. W opozycji do gatunku opartego mocno na bluesie zwanego roots rock, wszystkie opisywane przeze mnie płyty oraz inne zjawiska muzyczne określał będę mianem bardzo szerokiego pojęcia FRUITS ROCK. Żywię zatem nadzieję, że blog mój będzie jak kosz pełen przeróżnych owoców, zbieranych w różnych zakątkach świata, o różnych porach roku. Smaki będą się mieszać, przenikać, tworząc niekiedy zupełnie nową jakość. Cały czas jednak będę poszukiwał korzeni, z których te owoce się zrodziły.
Zapraszam
Kuba Jeżyna